Gliczarów Górny to jedna z tych podhalańskich miejscowości, gdzie widok na Tatry zaczyna się tuż za progiem domu, a rozmowa z mieszkańcem szybko pokazuje, że lokalna mowa jest równie ważna jak krajobraz. Turysta, który chce tu naprawdę „być”, a nie tylko „przyjechać”, powinien poznać kilka góralskich słów. Nie po to, by udawać miejscowego, ale by lepiej zrozumieć ludzi i kulturę, która od wieków kształtowała to miejsce.
Na spacerze grzbietami nad wsią często usłyszysz o wiyrchu – to po prostu górski szczyt, na który prowadzi widokowa ścieżka. Po drodze możesz minąć rozległą halę, czyli górską polanę, gdzie latem wypasane są owce, a krajobraz pachnie trawą i dymem z ognisk.
Jeśli trafisz do drewnianej bacówki, spotkasz tam bacę, czyli głównego pasterza, oraz jego pomocnika – juhasa. To właśnie oni dbają o owce i tradycyjny wyrób serów. Gospodarz, u którego nocujesz w Gliczarowie, to gazda, a jego żona to gaździna – osoby, które nie tylko prowadzą dom czy pensjonat, ale często są najlepszymi przewodnikami po lokalnych zwyczajach.
Na górskich jarmarkach zobaczysz ręcznie zdobione portki z haftem zwanym parzenicą, skórzane kierpce i wełnianą cuchę, która chroniła górali przed wiatrem i chłodem. W dłoniach starszych mieszkańców często pojawia się ciupaga – laska zakończona metalowym ostrzem, symbol pasterskiej tradycji.
Podhale to także kuchnia, która najlepiej smakuje po całym dniu w terenie. W karczmach Gliczarowa Górnego dostaniesz wędzony oscypek, świeży bundz albo słoną bryndzę, a do tego kubek żętycy, czyli serwatki pozostałej po wyrobie sera. Na ciepło podają kwaśnicę na kiszonej kapuście i moskole – ziemniaczane placki, które od pokoleń są podstawą regionalnego stołu.
Latem i zimą turyści chętnie korzystają z przejażdżek fasiągiem, czyli tradycyjnym wozem konnym. To spokojny sposób, by zobaczyć okoliczne przysiółki, leśne drogi i miejsca, gdzie wieczorem płonie watra, pasterskie ognisko.
W rozmowach z miejscowymi możesz usłyszeć, że coś jest sykowny – czyli porządne, solidne albo po prostu ładne. Gdy ktoś zapyta o dudki, chodzi mu o pieniądze, a gdy wskaże w oddali mówiąc hejna, znaczy „tam”. W wietrzny dzień każdy zrozumie, co znaczy, że pizga, bo mroźny podmuch potrafi dać się we znaki nawet na słonecznym stoku.
Wędrując wyżej, trafisz na wąską perć, a ponad nią może wyrastać skalista turnia. U podnóża często ciągnie się żleb, którym po deszczu spływa woda i kamienie. A gdy nagle zrobi się ciepło i bardzo wietrznie, to znak, że wieje halny.
Na szyjach owiec zadzwoni zbyrcok, metalowy dzwonek, który od wieków pomaga pasterzom odnaleźć stado na rozległych polanach. Gdy przyjedziesz tu jako ceper, czyli ktoś spoza gór, te dźwięki i słowa szybko przestaną być obce – staną się częścią twojego pobytu.
Gliczarów Górny i całe Podhale to nie tylko widoki i noclegi, ale żywy język, który opowiada historię ludzi, pracy na hali, pasterstwa i codzienności pod Tatrami. Znając te słowa, łatwiej nawiążesz rozmowę, zrozumiesz menu w karczmie i docenisz to, co w tej części Polski najcenniejsze – autentyczność.
